:-( Wygląda na to że masz Adblocka. Utrzymujemy się z reklam żeby móc dostarczyć Ci wiadomości z Twojego regionu za które nie musisz płacić, czy mógłbyś rozważyć jego wyłączenie?
  6°C całkowite zachmurzenie

Aparat tradycyjny uczy szacunku do fotografii

Iwona Aleksandrowicz fotografuje od wielu lat, jednak profesjonalnym robieniem zdjęć zajęła się całkiem niedawno, a ściślej na przełomie 2009 i 2010 roku. Choć pani Iwona cały czas podkreśla, że wciąż jest na początku drogi i dopiero się uczy, na swoim koncie ma już niemałe sukcesy. Jej zdjęcia, na których widnieją młode mieszkanki Szczecinka, zostały opublikowane m.in. we włoskim magazynie „VOGUE”. Oprócz tego, fotografie autorstwa Iwony Aleksandrowicz zdobywają uznanie krytyków, oceniających prace nadsyłane do prestiżowych międzynarodowych konkursów. Zapytaliśmy znaną już nie tylko w Szczecinku pasjonatkę fotografii między innymi o to, od czego trzeba zacząć, by stać się dobrym fotografikiem, a także, co daje pasja, jaką jest fotografia.


Pani fotograficzna pasja rozpoczęła się już w dzieciństwie.
- Gdy byłam nastolatką razem z moim bratem otrzymałam od wujka cały sprzęt do ciemni fotograficznej, a do tego małoobrazkowy Zenit. To było szaleństwo. Robiliśmy zdjęcia wszystkim, a potem sami je wywoływaliśmy w łazience. Wielu fotografów zaczynało właśnie w taki sposób. Bardzo dużo mi to dało. Przekonałam się o tym, kiedy po latach wróciłam do fotografii tradycyjnej.


Zastąpienie fotografii cyfrowej analogową wydaje się w dzisiejszych czasach nieprawdopodobne.
- Zdjęcia wykonane aparatem cyfrowym pod względem jakościowym są niesamowite. Dla zdjęć typu fashion czy glamour aparaty cyfrowe są idealne. Ale nie dla moich portretów. Brakowało mi w nich duszy. Dlatego wróciłam do fotografii tradycyjnej i do wywoływania filmów. Filmy czarno-białe wywołuję sama. Kolorowe oddaję do wywołania, ponieważ proces technologiczny jest tu bardziej skomplikowany. Wymagany jest do tego specjalistyczny sprzęt. Ogólnie jest to kosztowne. Ale daje dużo pozytywnych emocji. Sam moment oczekiwania, żeby zobaczyć, czy zdjęcie w ogóle wyszło, wywołuje dreszczyk niepewności. W aparacie cyfrowym od razu widać efekt. Z kolei aparat tradycyjny uczy szacunku do fotografii i do kadru.


Jak to się stało, że po latach wróciła Pani do robienia zdjęć?
- Zaczęło się chyba od dzieci. Jak każda mama starałam się udokumentować ich rozwój, tak zwyczajnie - na pamiątkę. Wówczas popularne były aparaty kompaktowe, które na jakiś czas wyparły lustrzanki. Były proste w obsłudze i mieściły się w kiszeni. Oprócz dzieci fascynowało mnie fotografowanie naszych psów. W pewnym momencie zauważyłam, że mój kompakt technicznie nie wyrabiał. Nie mogłam np. robić zdjęć w ruchu, nie odpowiadało mi światło i jakość. Zaczęłam więc szukać informacji, czym można zrobić lepsze zdjęcia. Okazało się, że muszę wrócić do lustrzanki. Niestety,  po pewnym czasie moje dzieci zastrajkowały. Mimo że są bardzo fotogeniczne, miały już dosyć i na widok wycelowanego w nie obiektywu uciekały gdzie pieprz rośnie. A ja już po prostu musiałam portretować…


Pamięta Pani swoją pierwszą sesję?
- To był przełom 2009 i 2010 roku. Pierwszy raz fotografowałam Sylwię Molendowską, córkę mojej koleżanki, instruktorki jogi. Sylwia to prześliczna dziewczyna. Od tamtej pory wiele razy spotykałyśmy się na sesjach. Później wszystko zaczęło się samo nakręcać. Jak nałóg, chciało się coraz więcej.


Pani poszczególne cykle zdjęć są niczym historia opowiedziana za pomocą fotografii.
- Najpierw rodzi się koncepcja, potem wszystko trzeba wyreżyserować, pomyśleć o kostiumach i o charakteryzacji. Zazwyczaj zaczyna się od miejsca. Kiedy widzę konkretną scenografię, myślę, że można by coś fajnego tu opowiedzieć. Potem szukam modelki. Nie każda dziewczyna, która jest bardzo ładna, nadaje się do określonego typu zdjęć. Moje portrety są utrzymane w klimacie romantycznym, melancholijnym. Dziewczyna, która ma urodę pasującą do fashion, nie będzie się dobrze czuła na moich sesjach. Kiedy już znajduję modelkę, szukam stylizacji. Odwiedzam second-handy, w których czasem zdarza się znaleźć jakąś perełkę. Czasem pożyczam stroje bezpośrednio od projektantów.


Łatwo jest nawiązać kontakty wśród projektantów, wejść do świata ludzi, którzy zajmują się fotografią zawodowo?
- Ciężko. Ja jestem na samym początku. Trzy lata fotografowania to jest naprawdę niewiele. Uważam, że jeszcze sporo muszę się nauczyć i dużo ćwiczeń fotograficznych przede mną. O wiele łatwiej mają osoby o znanych nazwiskach, które zdobyły już uznanie. Projektant znacznie chętniej pożyczy kreację, jeśli wie, że jest robiony tzw. edytorial do czasopisma. Parę osób, dzięki którym zdobyłam pewne kontakty, poznałam na warsztatach. Warsztaty na pewnym etapie są potrzebne. Podręczniki, internet to jednak nie wszystko. Pisałam też bezpośrednio do projektantów. Są różne specjalistyczne portale internetowe. Projektanci nie zawsze się zgadzają na wypożyczenie. Rozumiem to, gdyż zdarzało się, że projekty wracały do nich brudne, zniszczone lub w ogóle nie wracały…


Dlaczego portrety?
- Nie da się wszystkiego robić dobrze. Robiłam zdjęcia dzieciom, krajobrazy też fotografowałam, makro również. Trzeba było się w końcu na coś zdecydować i „wycelować” w jedną dziedzinę. Najbardziej ciągnęło mnie w kierunku portretu, który - okazało się - jest strasznie trudny. Trzeba złapać kontakt z modelem.  Jest to czasem naprawdę niełatwe, ponieważ dziewczyny przyjeżdżają na sesję tylko na kilka godzin. Nie możemy się dobrze poznać, porozmawiać dłużej. Modelki często widzą mnie pierwszy raz w życiu. Zdarza się, że mają mnóstwo obaw. Nie wiedzą, czy na moich fotografiach wypadną korzystnie. Mimo to, portretowanie jest fascynujące. To kreowanie zupełnie innego świata. To moja odskocznia. Wszystko w portrecie jest pasjonujące: plastyka zdjęć, światło, oczy, twarz... Potrafię „zakochać się” w tzw. bokeh (specyficznym rozmyciu tła), oglądając czyjeś zdjęcia, wzruszyć się do łez. Myślę, że każdego wzrusza piękno.


Portretuje Pani niemal wyłącznie kobiety. Dlaczego?
- Wiele osób mnie o to pyta. Kilka razy robiłam zdjęcia mężczyznom. Nie powiem, że było źle. Było inaczej. Wydaje mi się, że w trakcie sesji z mężczyznami trudniej jest złapać kontakt. Poza tym, o wiele więcej mogę wyrazić poprzez kobietę. To one oddają moje uczucia.  Choć z drugiej strony, zdarzyło mi się pracować z bardzo ciekawym modelem. To był Dawid Polus.


Mężczyznom chyba w ogóle rzadziej robi się zdjęcia.
- Ludzie wolą oglądać piękną kobietę. Piękna kobieta, jeśli ma to coś, od razu przyciągnie wzrok, nawet jeśli w tle jest nieciekawa scenografia. Poza tym, fotograf, pracując z modelem, a nie z modelką, z reguły ma problem ze stylizacją. Dla dziewczyn łatwiej jest znaleźć wyjątkowe ubranie. Nie chciałabym się powtarzać i robić zdjęcia mężczyźnie  w białej koszuli i z zapalonym papierosem. Pracując z mężczyzną, trzeba by było bardziej poruszyć wodze wyobraźni.


Co by Pani poradziła osobom, które chciałyby zająć się profesjonalną fotografią?
- Na pewno trzeba dużo czytać. Przykładowo, mi bardzo pomogły na początku poradniki autorstwa Scotta Kelby’ego. Internet to również kopalnia wiedzy. Możemy tam odnaleźć mnóstwo wskazówek i tutoriali. Ale technika, którą dają warsztaty, też jest ważna. Trzeba także moim zdaniem oglądać dużo zdjęć.


A kto, według Pani, jest mistrzem fotografii, osobą której twórczość Panią inspiruje?
- Lubię fotografię tradycyjną, fascynują mnie stare portrety. Wśród autorów, których cenię najbardziej, jest pierwsza fotografka, Julia Margaret Cameron. Jej zdjęcia mają niepowtarzalny klimat. Poza tym, Irving Penn i cała plejada takich fotografów, jak Helmut Newton, Annie Leibovitz oraz artyści zza wschodniej granicy... Tych inspiracji jest naprawdę sporo.


Jest jakieś czasopismo, w którym chciałaby Pani zobaczyć swoje zdjęcia, albo konkurs, który chciałaby Pani wygrać? 
- Nie nastawiam się na to. Miałam taki okres w życiu, kiedy byłam bardzo ambitna i chciałam móc pochwalić się osiągnięciami, na które ludzie pracowali przez całe życie. Zdałam sobie jednak sprawę, że nie tędy droga. Wielcy fotograficy pracują już od wielu lat, a ja dopiero zaczęłam, więc nie mogę być na ich poziomie. Oczywiście zdarzają się osoby, które mają ogromny talent i już po kilku latach robią olbrzymie postępy. Ale jest ich niewielu. Dlatego przystopowałam. Pomyślałam, że nie będę wyznaczać sobie celów. Moje zdjęcia nie muszą być drukowane ani wygrywać konkursów. Chciałabym po prostu robić coraz lepsze zdjęcia.


Jak sobie Pani radzi z krytyką?
- Ze zdjęciami jest jak z odbiorem malarstwa. Wszystko zależy od indywidualnego gustu. Nie przeżywam, jeśli komuś moje zdjęcia się nie podobają. Nie zawsze muszę trafić w czyjś gust. Z kolei robienie zdjęć pod publikę, podobnych do tych, które są najbardziej popularne, chociażby w internecie, to populizm i pójście na łatwiznę.


Myślała już Pani o zorganizowaniu wystawy swoich prac?
- Tak, zaczęłam o tym myśleć. Choć z drugiej strony, podkreślam,  jestem początkującym fotografem. Uważam jednak, że zdjęcia powinno się oglądać na papierze. A już na pewno te tradycyjne. Fotografie sporo tracą w internecie. To tak samo jak z malarstwem: oglądane w rzeczywistości jest naturalnie o wiele lepsze, niż kopie, które możemy oglądać na ekranie komputera. Dlatego myślę, że fajnie byłoby coś zorganizować. Ale nie jest łatwo. Wystawy albo są organizowane przez domy kultury, albo we własnym zakresie przez autora. W Szczecinku pozostaje mi to drugie wyjście. Mi nie potrzeba wiele, żeby zorganizować wystawę. Wystarczy niewielka sala i znajomi, którzy zechcieliby przyjść. Takie rozwiązanie jest możliwe. Rozmawiałam już wstępnie z właścicielami Sint Ji. Mam więc nadzieję, że już wkrótce będę mogła zaprosić wszystkich na wystawę, na której w niepowtarzalnym klimacie będzie można zobaczyć moje fotografie z bliska.

Rozmawiała Magdalena Szkudlarek-Szarkowska

Foto: Iwona Aleksandrowicz. Na zdjęciach wykorzystano m.in. projekty Katarzyny Konieczki.


Aparat tradycyjny uczy szacunku do fotografii komentarze opinie

  • taja - niezalogowany 2013-05-09 15:40:51

    informujcie kiedy miałaby być wystawa. Imponująca pasja!

Dodajesz jako: Zaloguj się

Ostatnie video - filmy na temat szczecinek.com