22°C bezchmurnie

Jak się komuś podobała dziewczyna, latał za nią z patykiem

Wywiady, komuś podobała dziewczyna latał patykiem - zdjęcie, fotografia

Tak święta Bożego Narodzenia jak i Wielkanocy to bez wątpienia szczególny okres. Mamy czas na to, aby na chwilę zwolnić, odłożyć na bok troski dnia codziennego i spędzić czas z naszymi najbliższymi. To również czas kultywowania wielu tradycji. Bo czym byłyby święta bez tych wszystkich potraw, zwyczajów i wielkanocnych przesądów? Choć trzeba przyznać, że w pośpiechu, laicyzacji i traktowania świąt jako zwykłych dni wolnych od pracy, wiele tradycji i zwyczajów związanych z okresem świąt Wielkanocnych przestało w Polsce funkcjonować. Dziś już jedynie najstarsi mieszkańcy pamiętają o takich zwyczajach, jak chociażby robienie z poświęconej palmy małych krzyży i zatykaniu ich nad drzwiami wejściowymi, co miało zapewnić pomyślność wszystkim mieszkańcom domu, czy przynoszeniu do domu z kościoła tlącej się huby (zapalanej od poświęconego ognia w przykościelnym ognisku) i okadzaniu nią domu. Dziś również już nikt, spożywając święcone jaja, nie zagryza ich korzeniem chrzanu, ani nie połyka wiosennych bazi, co, według wierzeń, miało chronić przed bólami gardła, a także wzmacniać ciało. Również woda, która pozostała po gotowaniu jajek miała mieć swoje magiczne i dobroczynne działanie – umycie się nią miało zapewniać urodę oraz przywracać zdrowie. Była też stosowana jako lek na... ból zębów. Według przekazów ludowych, każda dziewczyna, która chciała zachwycić swojego wybranka, pomalowanym na czerwono jajkiem pocierała części ciała, którymi najbardziej chciała go oczarować, a następnie tłukła jajko, przelewając je przez ułożone na krzyż brzozowe patyczki.

Wiele ze starodawnych zwyczajów i przesądów wielkanocnych „wyszło z użycia” jeszcze na początku XX w., choć niektóre całkowicie zniknęły dopiero w latach 50. ubiegłego wieku. Nasze polskie tradycje również często różnią się od tych, które były (i są nadal) kultywowane w innych krajach. O to, jak wyglądały obrządki i jakie tradycje związane z tym świętem funkcjonują u naszych wschodnich sąsiadów zapytaliśmy panią Aldonę, mieszkankę Szczecinka, która w latach 60. przyjechała wraz z rodziną do naszego miasta z Wiłkomierza na Litwie.

- U nas to wszystko wyglądało trochę inaczej niż tu w Polsce. Pamiętam jak babcia wyganiała mnie i moją siostrę do pobliskiego lasu, żebyśmy nazbierały gałązek wierzby, brzozy i bazi wierzbowych. Z części robiliśmy potem wspólnie palmy, które w niedzielę całą rodziną święciliśmy w kościele. Z reszty gałązek robiliśmy różne ozdoby. Przygotowania do świąt zaczynały się u nas właśnie od poświęcenia tej palmy, a potem to już cały tydzień pomagałyśmy mamie i babci w kuchni. Tyle było tego jedzenia, że często nie było gdzie go trzymać. A ojciec z bratem ciągle przychodzili i coś nam podkradali z garnków, bo mówili, że i tak w Wielkanoc wszystkiego na pewno nie zjemy (śmiech) – wspomina pani Aldona.

W Wiłkomierzu nikt też nie słyszał o wielkanocnym zajączku, który przynosił dzieciom słodycze i prezenty. Na litewskim stole nie gościły także ciasta, a przynajmniej nie było ich aż tyle, co u nas. Jak wspomina nasza rozmówczyni, piekło się wtedy tylko trzy rodzaje ciast, choć i tak nie zawsze. Nie mogło zabraknąć ciasta drożdżowego, wielkanocnej baby i sękacza – piekło się go na palu obracającym się nad domowym paleniskiem. To zadanie przypadało zwykle któremuś z mężczyzn. Natomiast na stołach królowały głównie potrawy mięsne i oczywiście pisanki.

- Nikt u nas na Litwie nie słyszał o zwyczaju polewania się wodą. Dopiero w Polsce dowiedziałam się, że w ogóle taka tradycja gdzieś istnieje. Podobno ma to zapewnić panienkom powodzenie u kawalerów, tak przynajmniej tłumaczyła mi wnuczka. U nas co najwyżej chłopcy smagali dziewczynki gałązkami wierzby, to były takie, jak to mówią „końskie zaloty”. Jak komuś się jakaś dziewczyna spodobała, to biegał za nią z takim patykiem. Mama zawsze przeganiała naszych adoratorów, bo odciągali nas od przygotowań. Ale starą panną przez to nie zostałam – pogodnie dodaje pani Aldona.

- Jak byłam jeszcze mała, to Wielka Sobota była dla mnie tym najważniejszym dniem. Wtedy malowało i ozdabiało się jajka. Zawsze byłam tak przejęta, że nie mogłam tej nocy spać, bo już chciałam robić pisanki. A potem od samego rana, żeby zdążyć przed mszą, wszyscy ozdabialiśmy jajka. Już miesiąc wcześniej zbieraliśmy łupinki cebuli, korę dębu i jabłoni. Trudniej było z woskiem, ale zawsze przez rok trochę się go nazbierało z niedopalonych świeczek. Pamiętam też, że zawsze miałam bardzo pokłute palce od robienia wzorów igłą na kraszankach. Ale jaka to była radość, kiedy ładnie ozdobiło się jajko! I nawet palce już tak wtedy nie bolały (śmiech). Tego dnia dziadek przynosił nam też z pola pędy zboża, okładało się nimi jajka i wtedy miały ładny, zielony kolor. Później te wszystkie jajka rozkładaliśmy po całym domu, żeby zawsze można było po jakieś sięgnąć i od razu zjeść. Ja swoich nie chciałam zjadać, bo tak mi się podobały, że szkoda było rozbijać łupinkę. Jedno, najładniejsze jajko zawsze sobie chowałam na pamiątkę – wspomina pani Aldona.

Nasza rozmówczyni zapytana o to, jak wyglądały same święta Wielkanocne, ze śmiechem stwierdza, że siadało się rano do stołu i jadło, dopóki nie poszło się spać. Czasami młodsi członkowie rodziny wychodzili na podwórze się pobawić i odpocząć po sutym śniadaniu. Można chyba więc śmiało stwierdzić, że w tym przypadku nie różnimy się od naszych wschodnich sąsiadów.

- Wszystkim czytelnikom życzę zdrowych, pogodnych i przede wszystkim rodzinnych świąt. I wiele pomyślności. Bo nie ważne, czy święta spędza się w Wiłkomierzu czy w Szczecinku, ważne jest, żeby spędzić je z rodziną – dodaje na koniec pani Aldona. 

A my - przyłączamy się do życzeń!

 

(mg/Temat)

Jak się komuś podobała dziewczyna, latał za nią z patykiem komentarze opinie

Dodajesz jako: Zaloguj się

Ostatnie video - filmy na temat szczecinek.com





Wywiady, - więcej informacji