:-(

Wygląda na to że masz Adblocka. Utrzymujemy się z reklam żeby móc dostarczyć Ci wiadomości z Twojego regionu za które nie musisz płacić, czy mógłbyś rozważyć jego wyłączenie?



  24°C całkowite zachmurzenie

Stan wojenny w Szczecinku. „Panie kierowniku, nich pan się ukryje, bo są aresztowania.”

Stan wojenny w Szczecinku.  „Panie kierowniku, nich pan się ukryje, bo są aresztowania.”

To było trzydzieści sześć lat temu. W grudniową niedzielę, 13 grudnia 1981 roku powiedziano Polakom, że dla ich dobra wprowadza się w kraju stan wojenny. Na ulice wielkich miast wyjechały czołgi i wozy opancerzone. Największy w historii Polski ruch społeczny, jakim była Solidarność, został zniszczony. Część działaczy, którzy z różnych przyczyn uniknęli więzień, przeszła do podziemia. Inni, szczególnie w tak mało znaczących ośrodkach jak Szczecinek, zostali osamotnieni, poddani jakże właściwym komunistom, brutalnym represjom. Bolesław Stypa był w tym czasie przewodniczącym „S” w Wojewódzkim Przedsiębiorstwie Handlu Wewnętrznego, członkiem MKZ, a także szefem tutejszego PAX. 


Wybrano pod nieobecność
Solidarność reaktywowano w 1989 r. Umówiliśmy się wtedy na mszę św. w kościele Ducha Świętego, a potem na spotkanie, aby wyłonić nowe władze. Wcześniej spotkaliśmy się w koszalińskiej kurii biskupiej, do której przyjechali wtedy działacze z całego województwa. Pytano, kto z byłych działaczy odpowie się za działalnością związkową, a kto będzie udzielał się politycznie. To było, z tego co pamiętam, kilka dni przed oficjalnym reaktywowaniem Solidarności. 
Po mszy przychodzimy do pomieszczenia, gdzie się miało odbyć spotkanie i... dowiadujemy się, że władze Solidarności są już wybrane. A przecież umawialiśmy się, że miało się to odbyć po mszy. Ale już się dokonało. Jechał was sęk... 

Tak to było
Byliśmy bardzo dużą grupą. W ówczesnym WPHW pracowało ponad 400 pracowników. Oprócz dwóch osób, wszyscy należeli do Solidarności. Całe koszalińskie WPHW liczyło wtedy ok. 2800 pracowników. Na zebraniu rady pracowniczej, a byłem jej przewodniczącym, złożyłem formalny wniosek o wyprowadzanie partii z zakładu. Sekretarz uprzejmie doniósł o tym do SB. To też było w mojej teczce. 
Na przewodniczącego zostałem wybrany w zakładowych wyborach. Zostałem też członkiem prezydium Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego. Nie potrafię powiedzieć, jak duża w tym czasie była szczecinecka Solidarność. Wiem, że nie należały tylko jednostki. Nasz pierwszy lokal znajdował się na przeciwko kina przy ul. Żukowa (dzisiejsza ul. Wyszyńskiego) potem na 9 Maja. Potem naczelnik miasta przydzielił nam lokal przy ul. Zamkowej. Tam też zastał nas stan wojenny. 

Związkowa kasa przepadła
Kiedy ogłoszono stan wojenny, postanowiliśmy wybrać z banku nasze związkowe pieniądze. Na koncie MKZ mieliśmy ok. 2 mln zł. Z tych pieniędzy wypłacaliśmy m. in. zasiłki. Upoważnienie do wybrania miało cztery, czy pięć osób. Część z nich została internowana. Ponieważ miałem upoważnienie, dlatego umówiłem się z koleżanką Teresą w banku PKO, aby pieniądze z konta wyjąć. Wprawdzie był już poniedziałek, a stan wojenny wprowadzono poprzedniego dnia, ale pieniądze by nam wypłacono. Skąd o tym wiem? Dyrektorem banku był mój kolega i jeszcze nie było żadnych oficjalnych zarządzeń. Niestety, koleżanka nie przyszła i związkowe pieniądze przepadły...

Nakazy wystawiano w Koszalinie  
Internowano przewodniczącego Jana Zielińskiego, Józefa Wójtowicza, Tomka Czarnika - był adwokatem, Zygmunta Wanatowicza, który później wyjechał do Francji. Mnie nie aresztowano. W niedzielę o siódmej rano przyjechał do mnie mój kolega - pracownik WPHW. Mówi: „Panie kierowniku, nich pan się ukryje, bo są aresztowania.” Ubrałem się, wychodzę na ulicę. Cisza, spokój. Nic się nie dzieje. Potem dowiedziałem się, że aresztowania były przeprowadzane już wieczorem. Czarnika w nocy nie aresztowali, bo ich nie wpuścił do domu. Zwinęli go dopiero rano. Był prawnikiem więc wiedział, że nie mogą tego robić nocą. Pochodziłem po ulicy i poszedłem do siedziby PAX - tam mieliśmy różnego rodzaju bibułę, którą usunęliśmy. 
Dlaczego mnie oszczędzono? Byłem przewodniczącym PAX i kierownikiem ZURT. Pewnie im jakoś nie pasowało. Kiedy przeglądałem swoje teczki w IPN w Koszalinie zobaczyłem, że na moje nazwisko była wystawiona bumaga o aresztowaniu. Zabrakło w niej jedynie podpisu naszego komendanta rejonowego milicji, Mazurkiewicza. Komendant mnie po prostu oszczędził. Pisma o internowaniu przychodziły do nas z Koszalina. Być może wpływ na to miała moja przynależność do PAX. Była to organizacja katolicka, ale propaństwowa. 
W pierwszą w stanie wojennym wigilię Bożego Narodzenia z Mietkiem Niemcem - moim sąsiadem - obeszliśmy wszystkie domy osób internowanych i złożyliśmy życzenia ich rodzinom.



Zaczęli od krzyża
Nie wiem, kiedy to było. Któregoś dnia przychodzi do mnie dwóch panów z poleceniem, abym poszedł z nimi do ratusza. Wzywał mnie komendant. Przychodzę, a komendant pyta mnie, czy mam klucze od pomieszczeń MKZ. Mówię, że nie mam. Klucze miał Zieliński i Bronek Śliwiński. Pytają: „Gdzie jest Śliwiński”. Odpowiadam, że nie wiem. „To ja panu przykazuję, aby poszedł pan do jego domu po klucze od MKZ”. Kiedy? „Na jutro”. 
Coś takiego to było. Komisja Urzędu Miejskiego spisała (data sporządzenia 15 grudnia 1981 r. - dop. red.) w MKZ wszystkie przedmioty. Byliśmy przy spisie. (Z protokołu wynika, że dokonano go w obecności Teresy Kłos, Bolesława Stypy i Alberta Sekowicza). Za kilka dni zostały podstawione dwie ciężarówki i z lokalu wszystko wybebeszyli. Pamiętam, że spis zaczęto... od krzyża na ścianie. Była to moja decyzja. Zapytano mnie: „Od czego zaczynamy?”. Mówię: „Od krzyża”.

Gdzie pieniądze?  
Dokładnie też przeliczono i opróżniono stojącą w MKZ skarbonę. Stała od czasu zjazdu „S” w gdańskiej Oliwii. Ludzie przychodzili do nas i każdy coś do tej skarbonki wrzucał. Policzono jej zawartość. Było dokładnie 17594 zł, w tym m.in. 5 marek DDR, 5 rubli, 1 korona czechosłowacka, jeden bon towarowy. 
Protokół zakończono o 12.30, pieniądze przekazano mnie, a lokal zamknięto i opieczętowano. Wziąłem te pieniądze i przyszedłem do pracy. Zastanawiałem się, co z nimi zrobić. To był bilon i sobie pomyślałem, że pójdę do sklepu i zamienię go na grubsze. I wtedy przychodzi do mnie pracownik skarbówki z pytaniem: „Panie Bolku, gdzie ma pan te pieniądze? Dostałem burę od szefów, jakim prawem wypłaciliśmy panu pieniądze. Proszę pana, niech pan natychmiast pójdzie do banku i całą sumę wpłaci na konto Urzędu Miasta”. 
Jak widać, wszystko było robione na żywioł. Na odwrocie pokwitowania napisałem: „Pieniądze społeczne będące własnością NSZZ Solidarność Odział Szczecinek w depozycie Urzędu Miasta Szczecinek”. Stało się to 17 grudnia. Są na koncie urzędu do dzisiaj? Może i są. 

Tych dwóch - na komendę
Co ciekawe, wtedy podczas opróżniania lokalu zostałem zatrzymany. Byliśmy tam z Bronkiem Śliwińskim. Wpadł szef tutejszego SB i zaczęliśmy z nim dyskutować. Po wymianie zdań, odzywa się: „Zamknąć to wszystko, a tych dwóch na komendę”. 
Na komendzie kazano nam czekać w pokoju. Siedzimy z godzinę. Przychodzi ktoś i mówi: „Pan Stypa do komendanta”. Wchodzę, a komendant do mnie: „Mam tu takich pracowników, którzy za panem się ujmują, dlatego zwalniam pana. Mam tylko kategoryczne zastrzeżenie, aby panu do głowy nie przyszło, plakatować miasto. Wiem, że pana na to stać”. 
Śliwińskiego od razu z pokoju zabrali do Wierzchowa. 

Zdecydowali się na wyjazd  
Po raz pierwszy spotkaliśmy się, kiedy wrócili z internowania. Spotkanie odbyło się w kościele Ducha Świętego. Ci, którzy wrócili z internowania, nie mogli już znaleźć pracy. Cały czas wywierano na nich presję, aby opuścili kraj. Dotyczyło to Krystyny Oberdy, Czarnika, Wanatowicza i Bronka Śliwińskiego. Krystynie Oberdzie załatwiłem pracę poprzez moją kuzynkę, która była inspektorem w Okonku. Przyjęto ją do pracy w Lotyniu. Popracowała tam dwa miesiące i nakazano ją natychmiast zwolnić. 
Wszyscy zdecydowali się na wyjazd. Bronek wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Wanatowicz miał podwójne obywatelstwo, dlatego wyjechał do Francji. Czarnik wyjechał do Szwecji - mieliśmy w MKZ trzech prawników: właśnie Tomasza Czarnika, Henryka Gnata i Bronisława Śliwińskiego. Krystyna Oberda wyjechała do Kanady. Wszystkich odprowadzaliśmy na stację kolejową. Krystyna opowiadała mi, że cały swój bagaż musiała nadać na statek płynący do Kanady. W porcie wpadli esbecy, rozbebeszyli jej wszystkie bagaże, rozbili skrzynie, rozrzucając wszystkie rzeczy i odjechali. Tak się mścili. Kiedy o tym mówiła, płakała. Tak ją potraktowano na pożegnanie z Polską. Z Bronkiem w ogóle nie miałem kontaktu.
W zeszłym tygodniu Krystyna zadzwoniła do mnie z Vancouver. Prosiła, abym ją skontaktował z Bogdanem Szpyndą - on też był w MKZ, też nie był internowany. Krystyna ma cały czas kontakt z Tomaszem Ceglarzem z IPN - to wnuczek Witolda Gładkowskiego. 

Telegram do Wałęsy
W dniu, kiedy Wałęsa otrzymał nagrodę Nobla, postanowiłem wysłać mu telegram gratulacyjny. Dzwonię więc na pocztę, i mówię, że chcę z żoną nadać telegram do Wałęsy z gratulacjami, z okazji otrzymania Nobla. Pani telefonistka mówi: „Chwileczkę, proszę poczekać”. Czekam dłuższy czas. W końcu odzywa się i mówi, abym podał adres. Do dzisiaj nie wiem, czy telegram został wysłany. Podejrzewam, że w Szczecinku byłem jedyną osobą, która to zrobiła. 

Krzyża nie zdejmę 
Lotne brygady sprawdzały cały czas zakłady pracy, czy nie rozprowadza się tam nielegalnych druków. U mnie też byli. Przyszedł do mnie, to był chyba marynarz. Obejrzał się. Zobaczył na ścianie krzyż. Pyta się: „A to co?”. Odpowiadam: „Jak to co. Krzyż”. Na drugi dzień przychodzi do mnie kierownik WPHW i mówi, że wzywają mnie do komitetu PZPR. Odpowiadam, że nie pójdę, bo nie jestem członkiem partii. Jednak w końcu się zgodziłem. Przychodzę, a tam na mnie z buzią: „Dlaczego w zakładzie wisi krzyż. Trzeba go zdjąć”. Wtedy sekretarzem był jakiś wojskowy politruk. Odpowiadam, że krzyża nie zdejmę, bo to jest moja osobista sprawa, a po drugie, może mi tylko polecić dyrektor. „W takim razie jutro o 11 zobaczymy, czy zdjął pan krzyż”. Na drugi dzień o 11 patrzę, wchodzi sekretarz PZPR. Krzyż wisi. Sekretarz pojechał więc do dyrektora w Koszalinie, aby ten zwolnił mnie z pracy. Na drugi dzień przychodzi kierownik WPHW z pismem polecającym zdjęcie krzyża. Stało się. Przeniosłem krzyż do warsztatu. 
Kolejnego dnia wpada do mnie prokurator z pytaniem: „Panie Stypa, gdzie ma pan pismo o zdjęciu krzyża? Proszę mi je zwrócić, wystawię panu zaświadczenie”. Dałem mu i sprawa się skończyła. Ale o sprawie krzyża napisano w naszym podziemnym piśmie. Oczywiście SB zaraz do mnie, że jestem autorem tekstu. Przyjechało dwóch smutnych panów z Koszalina, wzięli mnie na przesłuchanie do prokuratora. Argumentowałem im tak, że gdybym to ja pisał, nie popełniłbym lapsusu. W artykule znalazł się błąd. Napisano „kierownik ZURT” a przecież powinno być: „kierownik punktu usługowego WPHW”. Chyba dali się przekonać...

Żeby nie było zadymy
Działo się wiele ciekawych wydarzeń. Choćby takie: Pewnego razu na rynku żona usłyszała w kolejce, że w MKZ znaleziono listę osób, które miały być powieszone przez Solidarność. Żona odwróciła się i mówi: „Co pani za bzdury opowiada, mój mąż był przy likwidacji i wywożeniu rzeczy z lokalu”. 
Któregoś dnia, a było to przed Bożym Ciałem, wzywają mnie na komendę milicji: „Panie Stypa, pan był w Solidarności do kontaktów z Kościołem?” Odpowiadam, że tak. Organizowałem dwie msze św. na placu Nowotki. „Mamy prośbę. Niech pan powie swoim kolegom, żeby nie robili żadnych scysji podczas pochodów, żeby nie było zadymy. To panu przykazujemy”. 
Potem, kiedy opowiedziałem o tym koleżankom i kolegom, zaczęto mnie podejrzewać, że jestem esbecką wtyką.

Wrona skona
Działałem razem z żoną Teresą w biskupim komitecie pomocy. Mamy nawet podziękowanie (grudzień 1985 roku) od ks. bp. Ignacego Jeża. Jeździłem do Koszalina i przewoziłem stamtąd paczki z żywnością i artykułami chemicznymi. Rozprowadzaliśmy je tu, na miejscu, potrzebującym. 
Na terenie miasta działała nielegalna młodzieżowa Podziemna Organizacja Wyzwolenia Narodowego Feniks. Zajmowali się rozrzucaniem ulotek, malowaniem ścian, rozwieszaniem ogłoszeń na tablicach w klatach schodowych. Przez nich milicja miała kupę roboty. To oni namalowali napis na wiadukcie na Świątkach „Wrona skona”. Przed 1 maja w muszli koncertowej jakimś czarnym mazidłem napisali to samo. Całą noc to czyścili, ale nie doszli kto to zrobił. Kto to był? Do organizacji między innymi należał mój syn. 

Niczego nie żałuję
Kilka lat temu spotkałem się z zastępcą komendanta ówczesnej milicji. Wtedy mi powiedział: „Mam świadomość, żeśmy zrobili panu krzywdę nie internując pana. Wszyscy posądzali pana o to, że jest pan wtyczką.” 
Stało się. Było jak było. Miałem cały czas swojego „opiekuna” z SB. Moją teczkę nazwano „Kondensator” - taki nadano mi kryptonim. 
Solidarność po 1989 r. nie była już taka jak poprzednio. Ludzie zostali bez pracy, bez niczego. Im już organizacja nie była w głowie, musieli utrzymać rodziny. Nie wiedzieli co zrobić ze sobą. Emigrować, czy wegetować na miejscu...

Nie ma już tych ludzi
Na działalność Solidarności poświęciłem wiele czasu, energii i własnych pieniędzy. Żałuję, że to nie jest ta Solidarność. Spodziewałem się, że będzie to kontynuacja tego, co było. Oczywiście, ideały Solidarności są takie same, ale nie ma tych ludzi, którzy działali przed laty. Do Solidarności już nie należę, ale warto było to robić. Nie ma już dzisiaj takiej powszechnej organizacji, nie ma ruchu społecznego. Teraz jest to stricte związek zawodowy. W tej chwili nie utożsamiam się z ich działaniami. 
Przez te lata kontaktowałem się z Krystyną Oberdą, Czarnikiem... Kilka razy spotykałem się z Jankiem Zielińskim. 
Co roku spotykacie się? - Spotykamy się co roku pod tablicą. Ale są to spotkania luźne. Dziś przy różnych rocznicach występuje wielu, którzy nie mieli nic wspólnego z działalnością Solidarności. 
                                        
Jerzy Gasiul

tygodnik Temat nr 597 / 15 grudnia 2011


stan wojenny szczecinek bolesław stypa - komentarze opinie

  • 2017-12-13 15:08:35

    Cenna relacja ważnego świadka historii. Tym bardziej, że spisanych, autoryzowanych przekazów najważniejszych działaczy związkowych ze Szczecinka okresu pierwszej "Solidarności" jest naprawdę niewiele. Przewodniczący szczecineckiego PAX-u, ale i aktywny działacz NSZZ "Solidarność". Wspierał akcję wieszania krzyży w szkołach na początku 1981 r. W marcu 1981 r. wybrany członkiem Prezydium Zarządu Regionalnego NSZZ "Solidarność" w Szczecinku (przewodniczącym został Bronisław Śliwiński, radca prawny z Barwic). Warto dodać, że w 1984 r. był zwolennikiem powołania wraz z KIK-iem i Rejonowym Komitetem Pomocy Osobom Pozbawionym Wolności i Praw nowej organizacji, która na zgliszczach zdelegalizowanego związku miała wspierać środowiska opozycyjne w regionie. Popierał pomysł RKPOPWiP dot. organizacji letniego wypoczynku dla rodzin osób prześladowanych w stanie wojennym oraz tzw. ideę duszpasterstwa pracowniczego (ścisłej współpracy miejscowych robotników z Kościołem katolickim), której zwolennikami byli m.in. Krystyna Oberda, szefowa RKPOPWiP, oraz o. Stanisław Mróz, proboszcz parafii pw. Ducha Św.

  • gość 2017-12-16 15:31:46

    Coś wiem na ten temat.Rzeczywiście pana Stypę nie aresztowano na prośbę kilku milicjantów i kierownika jednego z pionów służbowych. Uprosili oni ówczesnego komendanta Milicji aby odstąpił od zatrzymania.Oni znając,szanując Pana Stypę widząc w jakim stanie psychicznym się znajduje zainterweniowali skutecznie.Podczas opróżniania lokalu nie było tam szefa SB,tylko ktoś inny ze ścisłego kierownictwa komendy .Jeśli chodzi o jak to nazywa Pan Stypa Podziemna Organizacja Wyzwolenia Narodowego Feniks to była lekko śmieszna grupa młodych ludzi,nie wiadomo do końca czy to nie była tylko jedna osoba związana towarzysko z innym.Wypisywali prymitywnie różne hasła także na klatkach schodowych,rozklejono kilkanaście ulotek na przystankach autobusowych.SB te działania traktowała poważnie i ze złością ,natomiast milicjanci z lekka olewali,gdyż czyny te kwalifikowały się jako wykroczenia ścigane przez Kolegium d/s Wykroczeń.W końcu ustalono sprawcę tych napisów podczas operacyjnej kontroli korespondencji.Z około 10 funkcjonariuszy SB zostało nagrodzonych pokaźnymi sumami za niebywały sukces.Jak wspominałem na sprawce skierowano tylko wniosek do kolegium, gdyż w treść nie wyczerpywała art. ,który mówił" kto przemocą groźbą bezprawną nawołuje do obalenia ustroju......Jaką i czy w ogóle otrzymał karę nie wiem.Tym sprawcą był znany milicji wcześniej dobrze młody człowiek swoim który swoim zachowaniem zachowaniem w różnych sytuacjach sprawiał wrażenie osoby niezrównoważonej psychicznie i infantylnej. A jeśli chodzi o człon nazwy Feniks to chodzi o mitycznego ptaka,który się odradzał.Wychowany w rodzinie gdzie ojciec był zadeklarowanym komunistą,pracownikiem Komitetu Powiatowego PZPR w Szczecinku. Z tego co mi wiadomo,to nasz bohater przebywa obecnie w RFN był leczony psychiatrycznie ,jest na jakiś zasiłku socjalnym ,mieszka w domu pomocy.Z nikim nie utrzymuje kontaktów i nikt z nim. Jak ktoś zamierza się ze mną skontaktować to proszę dać znać.

  • gość 2017-12-19 20:40:24

    Panie Bolesławie szkoda tamtych idei z których nic nie zostało. A Szczecinkiem i Polską podzielili się sami swoi. A tamtym z SB krzywda się nie stała patrz prawie dotychczasowi z milicji&policji ,wojska z telewizji, sądów i samorządu. Mnie to już dzięki Bogu nie dotyczy. Pzdr z za Odry dla Pana i wszystkim z L.O.

  • 2018-01-04 13:01:41

    Interesujące jest to, co pisze gość (15:31, z 16 grudnia). Gdyby zechciał Pan podzielić się swoją wiedzą w innych kwestiach, z miłą chęcią zadałbym parę pytań. Łączę ukłony, Tomasz Ceglarz

Dodajesz jako: Zaloguj się